samotna, odgrodzona od wszystkiego gęstym lasem budowla stała na niewielkim wzgórzu, pokrytym dziką, zachwaszczoną łąką. stanowiła jasną, surową, zwartą, prostokątną bryłę i tworzyła coś na kształt miniaturowej warowni. wejście prowadziło do zamkniętego portyku, okalającego wraz z krużgankami niewielki dziedziniec, pośrodku którego znajdowały się kamienne pozostałości jakiegoś ponurego podniesienia czy ołtarza - centrum niejasnych, budzących trwogę praktyk, wywołujących niezdrową ciekawośc tych, którzy mimo wszytko postanowili tutaj przyjść licząc na wrażenia. jakiekolwiek
dodatkowo w rogach utworzono zagadkowe wnęki, wyglądające na miejsce gdzie kiedyś ktoś - przepełniony strachem - na coś bezsilnie czekał. rosnące przez lata natężenie niedobrych emocji powodowało zatykanie uszu, jak po wjeździe w długi, podwodny tunel. gdy znalazły się w tym zamkniętym, niewielkim kwadracie, otoczonym ze wszystkich stron grubym, wapienno-piaskowym murem, oblepiła je gęsta, zła energia, niedopowiedzianej ale co najmniej haniebnej przeszłości. spowodowane przeczuciem nieodkrytego napięcie odbierało swobodę ciału. były przekonane, że ściany odbijają do teraz zdławione krzyki, będące jedyną odpowiedzią na zalegalizowaną przemoc i grozę sytuacji bez wyjścia które kiedyś opanowały ten milczący, okrutny skrawek ziemi, wypełniony skrajnie wrogą atmosferą wydzielonego z wolnej przestrzeni piekła. uświęcony niesłuszną ideą, odprawiony niegdyś rytuał, mroczny, podszyty fałszywymi - "Dumą, Chwałą i Siłą" rozbrzmiewał teraz strasznym echem, jak bezlitosny donośny bęben, nieczuły i mocny, mimo iż ostatecznie dotknięty gorzkim piętnem klęski. ci, co tu skończyli są bez szansy na odkupienie
walające się butelki, opakowania po acodinie, strzępy gazet i worków, puszki i pozostałości po niedawnych ogniskach - wszystko to potęgowało niepokój, czyniąc dziś z miejsca nie tylko arenę niecodziennych doświadczeń wywołanych środkami odurzającymi ale i swoiste pobojowisko - pozostawiające uczestników rozegranych tu zdarzeń bez żadnej nadziei. zarówno kiedyś jak i teraz. każdy, tak jak one w tej chwili, czuł się tutaj intruzem, tchórzliwym podglądaczem lub bezsilnym chociaż dobrowolnym świadkiem rzeczy niemożliwych i niechcianych. należałoby podłożyć ogień i uciec, obserwując z daleka jak oczyszczający płomień zżera ruinę wraz z tym, co ukrywa
najmłodsza z nich obróciła się na pięcie i ruszyła do wąskiego wyjścia - bardziej okna niż bramy czy drzwi, których po prostu dziwacznie nie było. wizyta przygniotła ją i pchnęła niebezpiecznie w kierunku ataku paniki. po chwili uciekały już wszystkie, pośpiesznie, irracjonalnie, prosto w ciemniejący lasy, w nerwowym milczeniu oglądając się raz po raz za siebie jakby oczekując nieznanej lecz nieuchronnej pogoni. po kilkudziesięciu metrach, gdy budowla na dobre zniknęła za drzewami, uspokoiły się nieco. zaciekawiła je nawet sójka nieruchomo siedząca na pobliskiej gałęzi. odleciała gdy lasem zakołysał nieprzyjemnie wiatr. nagle, jakieś pięćdziesiąt metrów przed nimi zmaterializował się ubrany w czarny uniform mężczyzna, potężnie zbudowany, stojący w lekkim rozkroku, trzymający za plecami splecione w geście oczekiwania ręce. z jego prawego boku wyrastał sztywny, podłużny przedmiot, z daleka przypominający pałkę lub bat. przystanęły.
chciałyście to macie