dziś łagodnym krokiem godzilli przeszedł przez miasto odklejając sobie z podeszw stratowanych mieszkańców. sporo krwi, trzaskających kości, swojskie chlup mózgów z miażdżonych czaszek. krzyki i bezładna ucieczka, od jakiegoś czasu w noc. wycie w schronisku, szarpanie zębami siatek, za wszystkie prowizoryczne kremacje z cuchnącym dymem idącym na dzielnicę, unoszącym się ze stosów masowo usypianych, bezpańskich kundli. na koniec sen z dzieciństwa - jednym pstryknięciem wytrącony z toru i z hukiem spadający z mostu sznur metalowych wagonów