zapatrzyła się na kwitnące w ogródku sąsiada bzy - biało-kremowe, obfite jak bezy i delikatniejsze wrzosowo-fioletowe, o wyraźnych, drobnych kwiatkach, dwa przytulone do siebie krzewy, ona i on, wymieniające się lepkim pyłkiem dzięki gorliwej pracy pszczół. zagapiona - zamiast po chodniku - przechadzała się ostrożnie po półtorametrowym murku oddzielającym ulicę od niewielkego trawnika. znajomy, nieco duszący ale nadzwyczaj, prawie nieprzyzwoicie, przyjemny zapach dotarł do niej z ciepłym podmuchem wiatru. wyobraziła sobie, że chowa twarz w kolorowym bukiecie a jego woń odurza ją, oszałamia i rozczula. od tej pociągającej myśli straciła nagle równowagę, przez moment oglądała niebo i po sekundzie nieważkości spotkanie z ziemią odebrało jej oddech. uderzenie w plecy było tak silne, że ogarnęło ją wobec nich bolesne poczucie winy. leżała przez chwilę, zastanawiając się, czy ktoś widział jak niewytłumaczalnie zahipnotyzowana ląduje z hukiem na trawniku