Od miesięcy podoba ci się ktoś, wokół czego budujesz całe miasto "wyobrażeń" i "nadziei". Bezpieczne, architektonicznie zarazem wyjątkowo udane jak i i niemożliwe. Coś na kształt misternego domku z kart, który rozsypuje się przy jednym konkrecie. Czyli po spodziewanym (z)dmuchnęciu. Ponieważ z zachowania tej drugiej osoby wyłapujesz tylko to, co pasuje do twojej wizji. Czyli zarazem najsłabsze elementy. I tak czujesz się jak po chwilowym wygrzaniu się w słońcu, które nastąpiło pewnego zimowego dnia, w przerwie pomiędzy jednym a drugim, wyjątkowo chłodnym (popatrz jaka w tym roku zima konkretna) cieniem. Dlatego podpisujesz się pod refrenem "Please, let me get what i want this time (Lord knows it would be the first time)". Ale zaraz, czego właściwie chciałeś?