Zastanawiali się jakim cudem ich kolega - mający gromadkę dzieci i młodszą siostrę na utrzymaniu, dzień w dzień przynosił do pracy kanapki z kotletem schabowym. Inni zadowalali się co najwyżej smalcem, kaszanka czy salceson były rarytasem dostępnym nielicznym szczęsliwcom hodujacym świnie albo posiadającym rodzinę na wsi. Z tego, co było im wiadomo on ze wsią nic nie miał wspólnego. Ze świniami również. Zresztą nawet gdyby, to przy uciążliwej, powszechnej biedzie lat powojennych, codzienne, ostentacyjne obżeranie się mięsem było wręcz nieprzyzwoite. Pewnego dnia jeden z robotników, z tych szczególnie wyposzczonych, przyczaił sie po swojej zmianie i potajemnie wykradł królewskie śniadanie schabożercy, wychodząc z założenia, iż jednodniowa dieta na pewno temu nie zaszkodzi. W drodze do domu odwinął skarby z przybrudzonego pakunku i łapczywie wyrwał pierwszy kęs chleba z plackiem ziemniaczanym